Oldschool

Bloger bez bloga przeżyje, ale bloger bez mediów społecznościowych nie.

Brzmi to smutno. Ze zgrozą obserwuje wysyp blogów lajfstajlowych, parentingowych, kukingowych, trawelingowych. Oczewiście, bardzo się cieszę, że ludzie mają pasję i chcą się nią dzielić. Sama czytam blogi, które działają jak prężne firmy – agencje reklamowe.

Ale co się stało ze starym, dobrym blogowaniem?

Bez zakładki o mnie równającej się współpracy i zarabianiu hajsów, albo ogarnianiu rzeczy w barterze. Bez szalonej szaty graficznej, pięknego logo. Profilu na fejsie i instagramie.

Skąd nagle wzięło się tylu ekspertów uzurpujących sobie prawo do mówienia nam jak żyć panie premierze i co jest dobre a co złe.

Nie wiem.

27.11.2001 – mój pierwszy wpis na blogu.

Zaczęłam pisać, bo mój kolega Antek ze Szczecina miał bloga i spodobało mi się to.

Byłam nastolatką, Rodzice, którzy mieli mnie dość wysłali mnie na rok do USA. Trafiłam do małej miejscowości w Oregonie i zamiast wydawać miliony na telefony (nie było wtedy Skypa drogie dzieci) to pisałam bloga. Codziennie. Taki prawdziwy, rzetelny pamiętnik. Było to dość trudne, bo łączyłam się z internetem przez pip pip pip – telefon.

Fakt. Patrząc na te wpisy z perspektywy tych kilkunastu lat, to trochę czuję się zażenowana, ale spójrzmy prawdzie w oczy, miałam 17 lat i chciałam być fajna. Kto nie chciał mając lat 17, nie rzuci kamieniem.

Miałam grono odbiorców, dwóch super fajnych chłopaków z Krakowa no i moją rodzinę, a potem poznawałam więcej osób i więcej.

Jak na dobre rozwinęła się moja kariera zawodowa i podpisałam miliony NDA, umów o poufności to nie za bardzo miałam o czym pisać. Tzn. tematów nie brakowało, ale kary finansowe mnie przerażały, mam w końcu tylko dwie nerki.

Dziś sam jestem dziadkiem, a właściwie Mamą. NDA powygasały, mój Syn przesypia noce (tfu tfu tfu tfu), ja się czuje dorosła i mam poczucie, że wiem już po co jestem na tej planecie, więc pora powrócić na stare śmiecie. (jaki cudowny rym)

Taki oldschool. Stare, klasyczne blogowanie.

Bądź przyjaciółką przyjaciółki.

Zawsze chciałam mieć przyjaciółkę. Albo przyjaciółki jak w Seksie w wielkim miescie albo w Girlsach.
Nie nadaje sie do takich przyjaźni. Nie lubię ludzi. Jednak przyjemność sprawiało mi myślenie, że takie przyjaciółki mogę mieć. Będziemy sobie siedzieć u którejś w domu i gotować, pić wino, jeść lody. Rozmawiać o chłopakach, dzieciach, pracy, nowych Melissach. Planować weekend w SPA. Chodzić na zakupy, kawę. Na paznokcie i do kosmetyczki.
Będzie tak cudownie dziewczyńsko.
Nasi mężowie/partnerzy będą się przyjaźnić i w niedzielę pić browara na wspólnym grillu.
Będziemy dzwonić do siebie i rozmawiać o wszystkim.
Czasami w piątek po pracy wyskoczymy na drinka.
Każde zdjęcie na fejsie skomentujemy komplementem, albo serduszkiem.
I nic z tego nie będzie wynikać.

Wielki powrót

Mam 30 lat. Brzmi to trochę abstrakcyjne, bo zawsze wydawało mi sie, ze będę żyć szybko i umrę młodo a teraz o ironio boję sie przemijania. Miałam tez robic wielkie rzeczy. Nie robię. Miałam ratowac swiat. Nie ratuje.

Bloga zaczęłam pisać majac lat 16. Byłam na wymianie w Stanach. Rodzice wyslali mnie zagranice, bo byłam nicponiem.

To były początki internetów. O skypie, jutubie, fejsbuku nikt nie słyszał. Tym bardziej o szafiarkach. Ba! Nie było nawet grona czy naszej klasy a z internetem  łączyłam się przez telefon. Założyłam bloga, to ułatwiało komunikację z bliskimi.

Prowadziłam go przez parę ładnych lat. A potem jeeeeeb pojawiła się dorosłość. Praca, obowiązki i wpadłam w pęd. Wir. Szał. Pracowalam kilkanascie godzin dziennie.

O pracy nigdy publicznie sie nie wypowiadalam. Przede wszystkim byłoby to nie honorowe. Po drugie umowy poufnosci, endijeje i ogromne kary pieniężne sprawiają, ze trzymasz jezyk za zębami. Jako człowiek majacy tylko godnosc osobistą musiałabym sprzedac nerke, albo cos innego, by sie wypłacić, prawnicy moich klientów rozdziobali by mnie jak głodne kruki i wrony.

Może kiedyś  wydam książkę o tych wszystkich zabawnych historyjkach, anegdotkach i tym podobnych. Na razie jednak jak na dziewczyne z pragi przystało, morda w kubeł.

Ale wracajac do meritum.
Znowu jestem na obczyźnie. Tym razem zawodowo. Pracujac dla Niemca mam ten luksus, ze pracuje a potem mam wolne.

Po kilkunastu latach mieć wolne jest niesamowicie przytłaczające. Bo, co robic z wolnym czasem, ktorego się nigdy nie miało?
Cytując klasyka „mam czas na swoje pasje”. Tyle, że ja nie mam pasji.
Niby lubię fotografie i sport i filmy ogladac też lubię, ale nie mam motywacji, weny, sama nie wiem.

Mam natomiast dużo czasu na przemyślenia. Nigdy nie miałam czasu, żeby myśleć, albo leżeć i słuchać muzyki i patrzeć w niebo.

Jestem czlowiekiem czynu. Akcja – reakcja. A tu cisza, spokoj.

Nuda.

Tak więc, wracam do korzeni.
Z wielkim kontenerem bagażu zyciowego i połaciami przeszłości.

14 lat później. Zobaczymy co z tego będzie :)