jupi ja jej

obudzilam sie w srodku nocy. ciemno, obce lozko. kompletnie nie wiedzialam, gdzie jestem, zastanawialam sie nawet czy moze przypadkiem nie zyje.

o godz. 5.30 sms z pracy, ktory podniosl mi cisnienie.
o 6.30 Bill poszedl do pracy. wypilismy kawe z nowej kawarki (wczoraj Valerie zapytala sie co jem na sniadanie, powiedzialam, ze kawa bedzie ok, do glowy mi nie przyszlo, ze nie pija kawy, wiec Valerie zdecydowala, ze trzeba kupic kawiarke)
od 7.30 Valerie oglada opery mydlane, reality show i tego typu historie (!), oczywiscie wszystko samo sie nagrywa w ciagu dnia, wiec przewija reklamy.
o 9.3o pojechalysmy na solarium, Valerie od miesiaca smazy sie, by miec piekna brazowa opalenizne na slubie.
ja wolalam posiedzec na zewnatrz na sloncu. dzisiaj jest okolo 40 stopni….
potem zakupy, lunch sushi, tu nawet maki sa 4 razy wieksze!
wieczorem kolacja z rodzicami Billa i hanout na nowej kanapie. serio! taki jest plan.
strasznie duzo rzeczy trzeba zrobic do czasu tego slubu.
nie mialam pojecia, ze to tak tu wyglada…
ale jest szansa, ze nie bedziemy jezdzic konno.
na dodatek nigdzie nie ma tu wifi!
same stare samocjody do okola.
brzydkie meble i masa grubych ludzi.
nie moge sobie nawet kupic spodni od dresu, bo rozmar s moglby mi sluzyc za namioto-spiwor!
jezuniu. minelo 10 lat. albo to ja sie zmienilam, albo oni sie nie zmienili.
no nic. wakacje to wakacje. 
szczegolnie 3 duze zaslinione psy i 2 koty wprowadzaja duzo radosci.

hej ho przygodo.

wystartowalam wczoraj nad ranem, wlasciwie to teraz u nas jest 17.30.

Agnieszka i Flora odwiozly mnie na lotnisko. oczywiscie okazalo sie, ze moj bagaz jest za ciezki.
wiec musialam porzucic czerwone szpilki i kilka sukienek…
no nic.
dolecialam do Amsterdamu.
przy bramce E24 czekalo na mnie 3 panow i zamknelo mnie w pokoiku.
okazalo sie, ze na lotnisku jest kilku polakow, rosjanie i ukrainiec, ktorzy nie mowia po angielsku. tak wiec, do ostatniego call’u tlumaczylam rozmowy imigracyjne ;>
w portland czekala na mnie Valerie z wielkim blyszczacym napisem – ANNA BANANA welcome home.
pojechalysmy do Salem.
Valerie mieszka z Billem, 3 psami i dwoma kotami.
moj pokoj jest w kolorach pomaranczowo – rozowych.
jestem troche nieprzytomna, ale juz widzialam miejsce, w ktorym bedzie slub, wesele, wybralysmy krzesla, kupilysmy ekspres do kawy i kanape do domu.
zjadlysmy lunch, zapomnialam jak wielkie sa tu porcje.
no i korki w Wall Martcie. 
wszyscy otyli ludzie jezdza na turbo wozkach. masakra.
teraz siedzimy w domu, pijemy „mocne”drinki i odbieramy telefony.
chyba wyroslam z tej amerykanskiej radosci.
no nic. zobaczymy co sie wydarzy.
scisk

eeeeeeee

wiedza, świadomość, możliwość kojarzenia faktów i szerzej pojęta „inteligjencja” jest taką zgubą, że jak Cię mogę.

ludzie, którzy nie wiedzą mają łatwiej. chciałabym nie wiedzieć i mieć łatwiej.

chciałabym, żeby już nikt nic ode mnie nie chciał. nie oczekiwał i żeby wszyscy zaczeli sobie radzić sami.

nie chce już być w tym otoczeniu, w którym jestem i żyć życiem jakim żyje.

nie chcę zbawiać świata, bo nie.

nie chcę, nie zgadzam się i o!

 

chciałabym, żeby ludzie nie umierali, żeby nie chorowali, nie mieli zawałów (albo żeby mnie to poprostu nie ruszało)

chciałabym nie mieć wspomnień, które mam.

chciałabym być naiwna.

chciałabym nie kalkulować.

chciałabym miec normalne relacje z ludzmi, byc zwykłym człowiekiem (najlepiej ksiegową, albo kelnerką, najlepiej w stanach)

chciałabym mieć normalnych, stabilnych przyjaciół, normalne relacje z facetami a nie jakiś pseudo fakfrendów (bo taka moda, bo to wygodne i pitu pitu choioooojooo mooojooo)

a najbardziej chciałabym, żeby to wszystko nie zależało ode mnie. 

więc odcinam się grubą krechą i o!

turu ruru

w życiu nie może być za miło.

ba, w życiu jest nie miło, bo jak jest miło to wiadomo, że zaraz coś walnie i się posypie.

 

tak i tym razem, walnęło niespodziewanie, najpierw drobne i delikatne serie, a potem łup, jeb i nie ma co zbierać.

rozdwojenie jaźni.

jak połączyć sprawy zawodowe z prywatnymi.
a raczej, jak mieć zdrową relację zawodową z ludźmi, z którymi się przyjaźnię.

czy być mniej wymagającym w pracy kosztem miłego spędzania czasu, czy pracować na 100%?

no właśnie. wypośrodkowanie tego jest piekielnie trudne.

nie jestem w stanie sobie przypomnieć, jak to jest możliwe, że pracowałam ze swoim narzeczonym, mieszkałam z nim, spędzaliśmy razem czas wolny i przez bardzo długi czas obeszło się bez konfliktu. tak na prawdę wszystko rozsypało się w momencie, w którym przestaliśmy razem pracować.

w życiu wszystko ma cel. jest siła sprawcza, która kieruje naszym życiem.
są momenty, które skłaniają do refleksji.
co tak na prawdę jest ważne, co jest naszym celem, co robimy, żeby ten cel osiągnąć.

w takich chwilach, gdy dostajemy pstryczka w nos, albo z tak zwanego „plaskacza” tudzież „liścia” uświadamiamy sobie, że to nie o to, nie o to.

mam nadzieję, że jak się to wszystko skończy będę wiedziała o co cho.

no bo po co?

jednocześnie czy powinno się mówić ludziom to co się na prawdę myśli.
czy faktycznie warto jest załować, że się coś zrobiło zamiast załować, że się nie zrobiło.
czy warto jeszcze komus zaufać i mówić o tym co się czuje, czy wplątywać się w grę pod tytułem jak to powiedziała moja przyjaciółka „open relationship”. kiedy wiemy, że ludzie mówią, to co myślą a nie ironizują badając teren.
dziwne czasy nastały. dziwne.

i tak…

jakby to powiedział mój Ojciec, dzięki Bogu i partii rządzącej mamy październik.

- jest zimno

- jest szaro

- uwielbiam te porę roku

 

wszystkie najlepsze rzeczy w moim życiu dzieją się na jesieni. najfajniesze momenty, najmilsze wspomnienia. takie nostalgiczno – liryczne pitu pitu odbywa się właśnie na przełomie września i października.

dlatego jako rasowo histerycznie – niestabilna osoba przeżywam najlepszy moment w roku.

i tak go sobie przeżywam kursując między pracą a domem. widząc te same twarze. wykonując podobny schemat działań. rutyna.

bo tak burzliwym roku miła bardzo. moje życie nie wygląda już jak kalejdoskop. starzejemy się panie dzieju.

jednak zastanawiając się dłużej nad sensem życia, zbawieniem świata i tym podobnymi historiami, a robię to nieustannie. nie oszukujmy się. czuję sie trochę jak amerykanin, a nawet amerykanka. oni mieli swój 11.09.01 a ja miałam swoj 01.03.06.

nic po tym nie jest takie samo i nie będzie. chyba, że jestem w błędzie.

no właśnie. dzisiaj dopadła mnie przeszłość, która teoretycznie powinna być poukładana, rozliczona i opanowana, a okazuje się, że nie jest. i nie jest to fajne.

ani trochę. nie mam chyba mocy by zbawić świat.

 

nie mam mocy – nie mam celu

nie mam celu – nie mam sensu

to po co?