rozdwojenie jaźni.

jak połączyć sprawy zawodowe z prywatnymi.
a raczej, jak mieć zdrową relację zawodową z ludźmi, z którymi się przyjaźnię.

czy być mniej wymagającym w pracy kosztem miłego spędzania czasu, czy pracować na 100%?

no właśnie. wypośrodkowanie tego jest piekielnie trudne.

nie jestem w stanie sobie przypomnieć, jak to jest możliwe, że pracowałam ze swoim narzeczonym, mieszkałam z nim, spędzaliśmy razem czas wolny i przez bardzo długi czas obeszło się bez konfliktu. tak na prawdę wszystko rozsypało się w momencie, w którym przestaliśmy razem pracować.

w życiu wszystko ma cel. jest siła sprawcza, która kieruje naszym życiem.
są momenty, które skłaniają do refleksji.
co tak na prawdę jest ważne, co jest naszym celem, co robimy, żeby ten cel osiągnąć.

w takich chwilach, gdy dostajemy pstryczka w nos, albo z tak zwanego „plaskacza” tudzież „liścia” uświadamiamy sobie, że to nie o to, nie o to.

mam nadzieję, że jak się to wszystko skończy będę wiedziała o co cho.

no bo po co?

jednocześnie czy powinno się mówić ludziom to co się na prawdę myśli.
czy faktycznie warto jest załować, że się coś zrobiło zamiast załować, że się nie zrobiło.
czy warto jeszcze komus zaufać i mówić o tym co się czuje, czy wplątywać się w grę pod tytułem jak to powiedziała moja przyjaciółka „open relationship”. kiedy wiemy, że ludzie mówią, to co myślą a nie ironizują badając teren.
dziwne czasy nastały. dziwne.

i tak…

jakby to powiedział mój Ojciec, dzięki Bogu i partii rządzącej mamy październik.

- jest zimno

- jest szaro

- uwielbiam te porę roku

 

wszystkie najlepsze rzeczy w moim życiu dzieją się na jesieni. najfajniesze momenty, najmilsze wspomnienia. takie nostalgiczno – liryczne pitu pitu odbywa się właśnie na przełomie września i października.

dlatego jako rasowo histerycznie – niestabilna osoba przeżywam najlepszy moment w roku.

i tak go sobie przeżywam kursując między pracą a domem. widząc te same twarze. wykonując podobny schemat działań. rutyna.

bo tak burzliwym roku miła bardzo. moje życie nie wygląda już jak kalejdoskop. starzejemy się panie dzieju.

jednak zastanawiając się dłużej nad sensem życia, zbawieniem świata i tym podobnymi historiami, a robię to nieustannie. nie oszukujmy się. czuję sie trochę jak amerykanin, a nawet amerykanka. oni mieli swój 11.09.01 a ja miałam swoj 01.03.06.

nic po tym nie jest takie samo i nie będzie. chyba, że jestem w błędzie.

no właśnie. dzisiaj dopadła mnie przeszłość, która teoretycznie powinna być poukładana, rozliczona i opanowana, a okazuje się, że nie jest. i nie jest to fajne.

ani trochę. nie mam chyba mocy by zbawić świat.

 

nie mam mocy – nie mam celu

nie mam celu – nie mam sensu

to po co?