serio.

czuje się teraz tak, jak wtedy, gdy runęła hala w katowicach.
spędziłam wtenczas 7 dni w telewizji w miedzyczasie mając wypadek samochodowy (ręka złamana w 3 miejscach) i kończąc ten maraton programem 100 dni premiera, prawie zemdlałam podając Marcinkiewiczowi wodę.

jestem w pracy 18 godzinę.
1+8=9
a dziewięć dzieli się przez 3.

najbardziej przeraża mnie powrót do domu. ponieważ mój samochód nie ma silnika, będę musiała się teleportować nocnym, no chybą, że wyjdę stąd jak metro będzie już jeździć. to jest kolejny moment, kiedy żałuje, że nie mam męża.

o!

pora przekazać pałczkę komuś innemu. czyli na orce.

Feel it comin’ in the air
Hear the screams from everywhere
I’m addicted to the thrill
It’s a dangerous love affair
Can’t be scared when it goes down
Got a problem, tell me now
Only thing that’s on my mind
Is who’s gonna run this town tonight…
Is who’s gonna run this town tonight…
We gonna run this town

We are
Yeah I said it
We are
This is Roc Nation
Pledge your allegiance
Get y’all fatigues on
All black everything
Black cards, black cars
All black everything
And our girls are blackbirds
Ridin’ with they dillingers
I’d get more in Depth
If you boys really real enough
This is la familia
I’ll explain later
But for now let me get back to this paper
I’m a couple bands down and I’m tryin’ to get back
I gave the other grip, I lost a flip for five stacks
Yeah I’m talkin’ five comma
Six zeros
Dot zero
Here it go…
Back to runnin’ circles ’round niggas
Now we squared up
Hold up

Life’s a game but it’s not fair
I break the rules so I don’t care
So I keep doin’ my own thing
Walkin’ tall against the rain
Victory’s within the mile
Almost there, don’t give up now
Only thing that’s on my mind
Is who’s gonna run this town tonight
Heeeey-hey-hey-hey-hey-heyyy
Hey-heyyy-hey-hey-heyy
Heeeey-hey-hey-hey-hey-heyyy
(Is who’s gonna run this town tonight)
Hey-hey-hey-heyyy

We are
Yeah I said it
We are
You can call me Cesar
In a dark Czar
Please follow the lea-der
So Eric B. we are
Microphone fiend
It’s the return of thee God
Peace God…
(Auh! Auh! )
And ain’t nobody fresher
I’m in Mason
(Ah! )
Martin Margiela
On the tape we’re screamin’
Fuck the other side, they jealous
We got a bankhead full of broads(?)
They got a table full of fellas… (?)
And they ain’t spending no cake
They should throw they hand in
‚Cause they ain’t got no spades…
My whole team got dough
So my bankhead is lookin’ like millionaire’s ‚fro

Life’s a game but it’s not fair
I break the rules so I don’t care
So I keep doin’ my own thing
Walkin’ tall against the rain
Victory’s within the mile
Almost there, don’t give up now
Only thing that’s on my mind
Is who’s gonna run this town tonight
Heeeey-hey-hey-hey-hey-heyyy
Hey-heyyy-hey-hey-heyy
Heeeey-hey-hey-hey-hey-heyyy
(Is who’s gonna run this town tonight)
Hey-hey-hey-heyyy

It’s crazy how you can go from being Joe Blow
To everybody on your dick, no homo
I bought my whole family whips, no Volvos
Next time I’m in church, please no photos
Police escorts
Everybody passports
This the life that everybody ask for
This a fast life
We are on a crash course
What you think I rap for
To push a fucking RAV4?
But I know that if I stay stun-ting
All these girls only gonna want one thing
I could spend my whole life good will hun-ting
Only good gon’ come is as good when I’m cumm-ing
She got a ass that’ll swallow up a g-string
And up top, unh…
Two bee stings
And I’m beasting
Off the riesling
And my nigga just made it out the precinct
We give a damn about the drama that your dude bring
I’m just tryin’ to change the color on your mood ring
Reebok
Baby
You need to drop some new things
Have you ever had shoes without shoe strings?
What’s that ‚Ye?
Baby, these heels
Is that a may?
What!
Baby, these wheels
You trippin’ when you ain’t sippin’
Have a refill
You feelin’ like you runnin’, huh?
Now you know how we feel

We gonna run this town tonight!

oddział stresu bojowego.

praca z pseudo reżyserami doprowadza mnie to spazmów, białej gorączki i totalnej irytacji.

wiem, że dobrze jest wysyłać ludziom pozytywna energię, ale to jest tego typu gatunek, że na prawdę nie mogę.

na palcach jednej ręki jestem w stanie policzyć tych, z którymi lubię pracować, rozmawiać, patrzeć na nich. 

masakra. przeżywam kryzys. dzień pracy zaczęłam z takim jednym i dzień zakończyłam z takim drugim. faki. faki.

dobrze, że jeszcze jest nadzieja w tych, którzy zjadali nutelle stąd i tamtąd.

 

swoją drogą niewiele jest mnie już w stanie zdziwić, zaskoczyć i zdenerwować.

totalna blaza. 

ale, ale dzisiaj w metrze (witajcie środki komunikacji miejskiej) zaczęłam się zastanawiać po co to wszystko?

w jakim celu? i co to zmieni?

i czy faktycznie ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy. 

i nie wiem. chyba na prawdę musiałoby się wydarzyć coś, nawet nie wiem co, co mogłoby mną wstrząsnąć.

tylko co to miałoby być.

właśnie. mam kłopot z tym celem. chyba wszystko było za szybko i za wcześnie. i wszystko już było! wszystko!

 

 

prowadź Kajo.

Ten weekend pozornie należał do wyjątkowo spokojnych.

Nikt się jakoś dramatycznie nie upił, nikt nie złamał żebra, nikt nie pociął się nożem i nikt z nikim nieznanym – niechcianym nie wylądował w łóżku.

 

Jednak wczorajszy cruz po klubach skłania do refleksji. Strasznych refleksji.

Fakt, faktem wczorajszy rajd po mieście miał przynieść konkretny efekt, ale nie przyniósł (to bardziej skomplikowane).

Przystanek nr 1 – Enklawa.

w Enklawie każda kobieta/dziewczyna, ładna – brzydka, chuda, gruba, mądra, głupia czuje się jak zwierzyna łowna. polują przeciętni faceci nie wyróżniający się niczym, większość chce zaliczyć, reszta kogoś poznać, no i może potańczyć. W Enklawie nie wolno się za bardzo wyrózniac i za dobrze wyglądać by nikogo nie onieśmielić. Tłoczno robi się po północy. Muzyka łatwa, prosta i przyjemna.

Byłyśmy w tej Enklawie z godzinkę no może półtorej. A ponieważ znam to miejsce i lubię szczególnie w środy to ani mnie w ten sobotni wieczór nie zachwyciło, ani nie byłam zniesmaczona. Dzień jak codzień.

 

Przystanek nr 2 – Platyna

Od kiedy Cynamon jest „w remoncie” a Sofia zamknięta (dodajmy do tego śmierć Jacksona wyjdzie nam koniec świata) Plata stała się mega totlanym burdelem.

Zbiorem podrygujących w rytm muzyki karykatur, bo ciężko nazwać ich ludzmi. Falującym tłumem botoxu, plastiku i sztuczności. Ta masa bawi się w dwóch salach, ciężko stwierdzić czy są zadowoleni, źli, najebani, smutni, ponieważ zabiegi kosmetyczne sparaliżowały im nerwy. Widać tylko ekscytację w oczach, że udało im się wejść do tego miejsca pełnego podrzędnych celebrytek, brązowo – czarnej kratki, krokodyli i dwóch literek C.

Nie zabawiłyśmy tam długo.

 

Przystanek nr 3  - Przekąsek – Zakąsek jak to mawia Rudy

Tu czas się zatrzymał, te same twarze, zaczynając od baru, przechodząc przez ochronę, a kończąc na taksówkarzach. Serdeczni, zwykli ludzie. Mili. Zimna wódka, śledź i znajomi, którzy zawsze tam są.

 

Wieczór zakończyłyśmy w składzie 4 osobowym.

Dziewczyńskim do bólu. (zaznaczę, że nie należymy do najgłupszy, najbrzydszych, a jednak jesteśmy same, części z nas to odpowiada, a części nie)

I teraz ta refleksja.

Usiadłyśmy we cztery przy stole. Dopijając resztki alkoholu, który został w zamrażarce.

I zaczełyśmy gadać, o tym co widziałyśmy, o tym co się zdarzyło, czyli klasyczne dziewczyńskie pitu pitu, którego staram się unikać, bo jest dla mnie za bardzo abstrakcyjne.

Jednak ta rozmowa uświadomiła mi w jak strasznym, wypranym z emocji świecie żyje.

Jak bardzo ludzie boją się bliskości, okazywania uczuć. (oczywiście, że ja się też tego boje, zwyczajny mechanizm obronny) Jak bardzo nie chcą się z nikim wiązać, bo mają nadzieję, że trafią na kogoś lepszego, a wtedy łatwiej jest nie mieć zobowiązań.  

Do tej pory nie widziałam tego, bo przez 7 lat byłam czyjąś „żoną” a ostatni rok spędziłam na totalnym, nieobliczalnym wiecznie trwającym balecie, nie było imprezy beze mnie, a większośc akcji odbywała się u mnie w domu. Klasyczny rollercoaster, zmieniające się twarze, miejsca, muzyka. Coraz bardziej gibki system wartości. Brak zobowiązań, zero stresu o jutro, nieznany grunt, totalny chaos. 

Teraz, gdy parę rzeczy się zmieniło, pojawiły się puknty stałe w moim życiu, nie muszę udawać kogoś kim nie jestem, zeszło mi ciśnienie, napięcie i mam szansę pozbierać myśli, to wiem, że nie chce żyć w takim świecie. Nie chcę być kimś kim wygodnie jest być, kimś kto musi wszystkim coś udowodnić i być fajniejszym niz jest w rzeczywistości. Kimś kto jest zawsze, otro imprezuje i wszyscy muszą go lubić, albo nienawidzieć. Mogę być przeciętna, nie boli mnie to.

Chciałabym żyć w świecie, w którym ludzie są dla siebie zwyczajnie mili. Nie muszą sobie/innym nic udowadniać, w świecie, w którym tworzą się związki, ludzie wspierają się i szanują.

Wygląda jednak na to, że taki świat nie istnieje i pozostaje nam być takimi jakimi chcemy by nas ludzie widzieli a nie takimi jakimi jesteśmy na prawdę.  

 

Do tej pory (odpukać i zapluć) miałam szczęście do ludzi. I chciałabym, aby Ci wszyscy, których kocham, szanuje i lubie tez nie musieli tak żyć, tylko mogli bez obaw być takimi dla wszystkich jakimi są dla mnie. 

 

No i była konkluzja nawet.