ło jezooosicku…

z trudem dzisiaj wstałam…
czuję się tak, jakby ciągnik po mnie przejechał…
podle…
spałam może ze 4 godziny…
dupa mnie boli od zastrzyków…
Bartek pojechał na zawody na Słowację…
Transmisja 3 majowa mnie zabije…i zginę…
Adrenalina, stres, niewyspanie… podle, bardzo podle…marzę tylko o tym, żeby się wyspać.
W domu zalega tona prania, naczyń, odkurzacz gotowy do walki….znowu pojawiły się mrówki, już nie wiem, którędy one wchodzą… no ale przynajmniej mam koleżanki….

Ale odkryłam uroki Skyp’a z moim internetowym loverem :)
A co…

no to się doigrałam….

zapalenie stawów, a było to tak:
najpierw myślałam, że to zwykłe przeziębienie…
bo jak się zrobiło cieplej to biegałam w balerinkach bez skarpetek…
okazuje się jednak, że miałam anginę, o której nie wiedziałam, coś tam mnie gardło bolało, ale co tam…

no i trafiłam do lekarza mego drogiego, bo wnocy myślałam, że umrę:
* było mi zimno
* było mi bardzo, bardzo zimno
* stawy bolały mnie jak nigdy ( a dla mnie emerytowanej tenisistki ból stawów to nie nowość, ale ten był wyjątkowy)
* no i gardło. bolało

Więc u lekarza:
trzy zastrzyki – przeciw zapaleniu mięśnia sercowego, przeciw zakrzepowy i kroplówa.

Milutko.

Zdycham nadal, ale antybiotyk zaczyna swe działanie…

Zobaczymy.

dzisiaj o 15 dostaliśmy hasło…

…robimy program 45 minutowy, odnośnie naszego zwyciestwa Euro 2012.
Przed chwilą skończyła się emisja.
Od 17.00 stawiała się scenografia.
Pojechaliśmy z Bartkiem po piłki do go sportu:
- poproszę wszystkie piłki jakie macie w sklepie :)
- eee…. ale jak to?
- no wygraliśmy Euro 2012
- no to bierzcie co chcecie :)

o 19.00 pojawiać zaczeli się pierwsi goście, od gwiazd rozrywkowych, przez ministrów po prezesów związków.

O 20.22 emisja. Marcin Mroczek pojawił się o 20.21….

Ale wszystko ok :)

Właśnie schodzi ze mnie ciśnienie.
Znowu olbrzymi sukces :)
Kolejny wielki sukces :)

Tylko teraz trzeba policzyć koszty.
Full łączeń.
No to bziuuum ;)

za mało mam wolnego czasu.

zdecydowanie, jak zdąrzę się ogarnąć, że mam wolne to już jest poniedziałek i wszystko zaczyna się od nowa. praca – dom – dom – praca.

ale weekend był ewidentnie w „cipcie” – jak to mawiają.
w piątek, bo długim i straszliwym tygodniu zrobiliśmy sobie wieczór meksykański, czyli burito i tequila :)))
jako, że reprezentuję ewidentnie wagę piórkową, niewiele mi tego trunku trzeba było.
sobota to walka w warsztacie samochodowym z bezpiecznikami, walka z przekazem z Brukseli. potem mały spacer nad wisłą, ze znajomymi na końcu świata – tarchominie. heh… byłam tam pierwszy raz w życiu. taka ze mnie warszawianka od pokoleń ;)
wieczorem Bart miał trening, a ja „zakurwiłam” w dance z Wojtkiem i jego „rzonom”. Cava, Egoist, Foksal, Hotl i Cynamon. Pojawił się Dajmond i baunowaliśmy na parkiecie, do momentu, kiedy mój mój stwierdził, ze jest zazdrosny i że on już kończy trening i żebym po niego przyjachała i bla bla bla. Pierwszy raz w życiu mu się to zdarzyło. Ufff…. Generalnie jakby to powiedział Kozik – grUba hiStoria.
Niedziela to porządki, pranie, praca i nic nie robienie w domu.
Uwielbiam być sama i nic nie robić.
A dzisiaj od rana przepychanka w pracy. Walka z czasem i własnymi słabościami.
Czasem czuje się jak Chuck Norris telewizji publicznej.
No to z półobrotu :)

ałłałałułi

it’s a very najs.

święta, święta i po świętach.

dużo, dużo jedzenia.

ostatni dzień dzisiaj mam wolne.

jutro sajgon na woro się rozpocznie.

dochodzę do siebie, po totalnym przejedzeniu.

ciepło ma byc tuż tuż, więc pora się za siebie wziąć.

co prawda, zostały mi tylko 3 egzaminy do absolutorium i kilka zaliczeń.

Praca Magisterska już gotowa. Tylko drobne poprawki mnie czekają.

Więc walkę rozpoczynam.
Łodź bojowa – uzbrojona. o!

a jutro woro bleh :)