padam na twarz…

wyglądam jak przez okno… i w ogóle. opór.
wczoraj dzień jak co dzień.
rano program na żywo, potem miliony papierów do ogarnięcia.
po południu kawa, herbata i palto z moim producerem.
wieczorem belweder i spotkanie z Prezydentem, wielkie joł.
wieczorem program.

nie mogę doczekać się weekendu.
jestem tak zmęczona. mam taką ochotę się wyspać. ale nawet jak i tak mam wolne, to budzę sie o 5.40. zboczenie zawodowe.
fuck.
telefony się urywają.

autmn time…

mamy piękną złotą, polską jesień.
co prawda o godzinie 5.00 rano termomentr nie wskazuje więcej niż 10 stopni, ale za to już od południa jest pięknę złote słońce.
tak na prawdę to nie wiem o czym pisać. moje życie zaczyna się o 5.45 a kończy w bólach około północy…
każdy dzień jest podobny do następnego.
jedną z atrakcji na początku miesiąca było łódźkie tournee. szczerze nie lubię tego miasta i nie przepadam za szkoła. mam złe skojarzenia i wspomnienia. ciarki mnie przechodzą na myśl, że będę musiała tam zanocować. I przebywać w okolicach manhattanu. niby wszystko jest ok, ale trauma pozostała.
wracam do pracy. podłe to trochę, ale w końcu dostaje pieniądze za to co sprawdza mi przyjemność i fun :)