:)))))

no i dzisiaj, w koncu, po tylu tygodniach. wyjazd :)
o 17.oo wyruszamy z wuwua i juz jutro obudze sie nad morzem :)))
pieknie.
co prawda wisi nade mna widmo sesji. ale co tam :)
poucze sie, obadam budzet i ju :)))

ufff…

ślęczę nad budżetem. cyferki zlewaja się w jedną. Opór. Na dodatek poszłam śpać około 3.00 bo starałam się ogarnąc mieszkanie, które wygląda po ostatnim tygodniu, jakby stado nosorożców przez nie przebiegło. Udało mi sie na razie opanować kuchnie…a chciałabym przed wyjazdem zostawić porządek. W końcu nie będzie nas prawie tydzień. Właśnie, tydzien w Juracie. Wyłączam komórkę i nie ma mnie :)))

Hm… co jeszcze. No pracy mam niewiele. Jedynie sesja zbliża się gigantycznymi krokami, co zaczyna mnie strasznie stresować. Muszę sie w końcu zacząć uczyć :))

A, w poniedziałek byliśmy na Wiktorach. Mieliśmy całkiem fajne miejsca w pierwszym rzędzie, więc wszystko dokładnie mogłam obadać.
Bardzo ucieszyła mnie nagroda Pitera :))
Zasłużył na nią i jest przeczaderem.
Wieczór przemiły. Urokliwa kolacyjka i spędzanie czasu we dwóch ;)

Wczoraj u Rodziców ogarniałam letnie ubrania i robiłam zadania z matematyki dla Flo.
Tak mnie korci, żeby za nią je rozwiązywać ;) ale niestety, chodzi o to, żeby to Ona potrafiła dodawać i odejmować do 20 :)

ajt.
wracam do rpacy.
Nie ma co, im ise szybciej ogarnę, tym szybciej wyjdę i szybciej będę mogła posprzątać w domku :)

uff…

umieram, od dwóch dni… śmierć w oczach, śmierć wszędzie ;)

w piątek tournee do łodzi, szkoła, szybka akcja i powrót do Wuwua.

sobota, ślub i wesele znajomych. Impreza do białego rana…
łoczepiny, tańce… było świetnie.
Tylko to wszystko przerodziło sie w jednego, ogromnego, męczącego, zabijającego kaca.
Fakt, faktem nie wypiłam duzo, ale to co przeżyłam w niedziele jest nie do ogarnięcia. Na uroczystym rodzinnym obiedzie u Barta rodziny miałam taaaaki zgon. Straszny. Na dodatek po tym wszystkim odpadłam w domu w kuchni.
Dzisiaj też nie jest najlepiej…
bleh

:) si, wiesci z usa

I am so glad to hear that you are doing so well. You are sooooo smart I always knew this. I hope Bartek is good enough for you. Tell me more about your life. We miss you and think of you often. Your picture is still in my parents livingroom. Daddy loves you and points to your picture often. He compares all exchange students to you.

We moved because this town is going down hill fast. Especially the school. The girls are so happy now. They have so many more options. The Green also moved to The Dalles. Vicky works in a Dr. office in Hood River and is very happy their girls are also much more happy. Our house finally sold here in Arlington and we are trying to find property in Dufur. The Green house is just now up for sale and I’m sure it will sell fast. The Arlington school lost 25 students over the summer, not because the families moved but because they were unhappy with the school. The kids are either being home schooled or they are driving to condon, Ione, dufur or boardman. What a mess. The school board fired the Superintendent and hired a new guy that is terrific. He is helping to make things better but it takes time and he doesn’t want to stay any longer.

Val and Bill are still together and happy, Rosa is getting married to a cowboy in June and still lives here. Lynnette is married and has a 1 yr old and a new baby. Her husband is in the military and they live in Kansas. She also has a 4 year old step son. My parents sold their big house to Wade’s dad, so he has all his horses here. Mom and Dad bought a small house in town, my dad doesn’t like it very well but its okay. Well I’ll write more later. Please tell me more about you. Love you so much litte Anna.

Love,
Mumma Kilby

podsumowanie…

weekend upłynął pod znakiem towarzyskości.
W czwartek spotkanie z ludzmi z podstawowki, potem szybka akcja z Kozłochą, Kaliszem i Zofią.
W piatęk montaż filmu o Dororze,
mała imprezka u nas, z Barta Sis i Brylantem, który sponiewierał się okrutnie.
Sobota, to walka o przetrwanie, najpierw spotkanie w Ognisku, potem tea time z Platerkami, a potem wieczór Panieński jednej ze znajomych, co zaowocowało wcześniejszą wizytą w sex shopie, dzień zakończony parapetówą u wyżej wspomnianego, sponiewieranego Brylancika.
Niedziela, zasuw od rana, bo o 13.10 program na żywo, a potem uroczyste obchody urodzin Dorocianki. Bardzo wzruszająco, dzieciaki przygotowały piękne rzeczy.
Tak mnie to wszystko emocjonalnie zmęczyło, że zasnęłam parę minutek po 20.00.
a dzisiaj od rana dzień konia.
szaleństwo, szaleństwo, szaleństwo…

ops…

zaspałam, kompletnie, obudziłam się o godzinie, o której powinnam już być w pracy.
Musiałam pokonać prędkość światła i w miarę sprawnie się ogarnąc.
Weekend był wyczerpujący.
Najpierw łodź, egzamin u prof. Siomy, nie było lekko, ale zaliczyłam.
Indeks zdany w dziekanacie.
Jestem na 6 semestrze. Dosyć to jest zabawne, bo zaraz zacznę sesję letnia, no ale coż…
sobotni wieczór, to przeprowadzka Brylanta. Fajne miłe mieszkanie, duży pokój. Spoko.
Niedziela, 02.04, moment, który powinien upłynąc pod znakiem refleksji.
Dzień zaczął się wyjątkowo wcześnie, bo o 6.00 miałam pociąg do Krakowa. Tam zimno, mokro i szaro, ale o 13.13 zgodnie z planem weszliśmy na antene. I tak większość czasu spędziłam w knajpkach…
wieczorem pl. piłsudzkiego…. moje szczęście ogarniało tam transmisje, więc pojawiłam się tam na parę chwil.
wieczór w domku, kompletny zjazd, odjazd, wyjazd.
a dzisiaj od rana (12.00) w pracy… afery, duże tempo…
taaaa….a mogłam zostać księgową, albo aktorką… chociaż jakbym była aktorką, to pewnie bym pracowała jako kelnerka… taki podły zawód ;)