Zrobiła to, czego nie miała zrobić. Będziesz w szoku.

Osłabiają mnie takie tytuły na blogach.
W ogóle, jak zaczynałam blogować te 16 lat temu, nikt nie podejrzewał, że bloger będzie zawodem i będzie można z tego żyć.

Niech już się ta pogoda poprawi, bo oszaleje. Jutro jest pierwszy dzień maja.
Wczoraj fajnie, byliśmy odwiedzić moją Siostrę i Misia. W końcu jakaś odmiana, a nie ciągle ten sam krajobraz i nie tylko.

W ogóle jakoś nie mam inwencji.

A i w dupie mam TAGi, jak ktoś będzie chciał mnie czytać i to będzie mnie czytał.

Nie będzie profili na fejsie, insta, tweeterze i czym tam jeszcze.

Prawda obroni się sama…. :D

Oldschool

Bloger bez bloga przeżyje, ale bloger bez mediów społecznościowych nie.

Brzmi to smutno. Ze zgrozą obserwuje wysyp blogów lajfstajlowych, parentingowych, kukingowych, trawelingowych. Oczewiście, bardzo się cieszę, że ludzie mają pasję i chcą się nią dzielić. Sama czytam blogi, które działają jak prężne firmy – agencje reklamowe.

Ale co się stało ze starym, dobrym blogowaniem?

Bez zakładki o mnie równającej się współpracy i zarabianiu hajsów, albo ogarnianiu rzeczy w barterze. Bez szalonej szaty graficznej, pięknego logo. Profilu na fejsie i instagramie.

Skąd nagle wzięło się tylu ekspertów uzurpujących sobie prawo do mówienia nam jak żyć panie premierze i co jest dobre a co złe.

Nie wiem.

27.11.2001 – mój pierwszy wpis na blogu.

Zaczęłam pisać, bo mój kolega Antek ze Szczecina miał bloga i spodobało mi się to.

Byłam nastolatką, Rodzice, którzy mieli mnie dość wysłali mnie na rok do USA. Trafiłam do małej miejscowości w Oregonie i zamiast wydawać miliony na telefony (nie było wtedy Skypa drogie dzieci) to pisałam bloga. Codziennie. Taki prawdziwy, rzetelny pamiętnik. Było to dość trudne, bo łączyłam się z internetem przez pip pip pip – telefon.

Fakt. Patrząc na te wpisy z perspektywy tych kilkunastu lat, to trochę czuję się zażenowana, ale spójrzmy prawdzie w oczy, miałam 17 lat i chciałam być fajna. Kto nie chciał mając lat 17, nie rzuci kamieniem.

Miałam grono odbiorców, dwóch super fajnych chłopaków z Krakowa no i moją rodzinę, a potem poznawałam więcej osób i więcej.

Jak na dobre rozwinęła się moja kariera zawodowa i podpisałam miliony NDA, umów o poufności to nie za bardzo miałam o czym pisać. Tzn. tematów nie brakowało, ale kary finansowe mnie przerażały, mam w końcu tylko dwie nerki.

Dziś sam jestem dziadkiem, a właściwie Mamą. NDA powygasały, mój Syn przesypia noce (tfu tfu tfu tfu), ja się czuje dorosła i mam poczucie, że wiem już po co jestem na tej planecie, więc pora powrócić na stare śmiecie. (jaki cudowny rym)

Taki oldschool. Stare, klasyczne blogowanie.

Bo do tanga trzeba dwojga.

Powrót do domu jak zwykle pełen wrażeń. Idę sobie swoimi ulubionymi podziemiami – pacze – 5 zawianych panów śpiewa radośnie „Bo do tanga trzeba dwojga” w międzyczasie zagadujac po niemiecku przechodniów o ełraska. Usmiechnelam się pod nosem. Jeden podchodzi do mnie i już ma się odezwać, gdy drugi krzyczy do niego „No co ty, Robert, swoich nie prosimy. Jakąś godność trzeba mieć”.

Taki typ.

Jest taki typ kobiet, wysokich szczupłych blondynek z lekkim odrostem. Delikatnie opaloną i gładką buzie zasłaniają wielkie okulary. Biel ich zębów kontrastuje z kremowym szalem. Mają idelnie skrojony modny płaszcz i wielką oryginalną torbę LV, którą od niechcenia stawiają na brudnym i zaszczanym chodniku rozmawiajac z przyjaciółką. Posyłają perliste uśmiechy.
Kobiety te mają pieknych, wysokich przystojnych partnerów – ludzi sukcesu. Mają tez dwójkę dzieci chłopca i dziewczynkę. Mieszkają w pieknym domu. Rano szykują organiczne śniadanie. Mąż wychodzi do pracy a one swoimi duzymi i drogimi samochodami zawożą dzieci do zagranicznych szkół. Potem spotykają się z przyjaciolkami na kawę. Poplotkuja chwilę i wracają do domu. Tam zajmują się planowaniem zycia rodzinnego, zapoznają sie z nowinkami w internecie. Facebook, Pinterest, Facebook, Instagram. Często aktywnie dzialaja w jakiejs sprawie, w fundacji na rzecz dzieci lub zwierzat. W domu mają panią do sprzatania. Wizyta u kosmetyczki, fryzjera, szybkie zakupy w galerii i jadą odebrac dzieci ze szkoły. Wracają do domu. Obiad. Chwila relaksu dla dzieci i odrabianie lekcji. Wraca zmeczony mąż. Kolacja. Wspólne oglądanie filmu. Wieczorem, kiedy dzieci juz zasną maja czas by zaplanowac spotkanie towarzyskie, obiad, wakacje, wyjazd na weekend.
Dzień się kończy.

Zdechła ryba.

Kiedy wydaje mi się, ze ludzie nie są tacy źli i właściwie nie ma powodu ich nie lubic, wtedy pojawia sie egzemplarz, ktory utrzymuje mnie w przekonaniu, ze szczyt skurwysynstwa nie został osiagniety.

Ze są „ludzie” tak mali, tak egoistyczni, tak skoncentrowani na sobie, z tak krótką pamięcią, że aż robi mi sie słabo.

Już wiem do kogo powedruje nagroda „Hieny roku”.

Pocieszam sie myślą, ze ziemia jest okrągła i wszystko wraca do człowieka.

Polonia zagranico

Bycie Polką uratowało mi dzisiaj dupencje po raz kolejny. Jakis mocno natarczywy koleś w poszukiwaniu zrzutki na browara złapał mnie za płaszcz w przejściu podziemnym. A ponieważ byłam zamyślona to tak sie przestraszylam, ze az podskoczylam i krzyknęłam „Rany Julek” i tak usłyszałam zapijaczony głos „o przepraszam najmocniej, nie poznałem rodaczki, ma szanowna pani moze ełraska”
Smieszno i straszno. Jest mi trochę wstyd, ze to był Polak.

Bądź przyjaciółką przyjaciółki.

Zawsze chciałam mieć przyjaciółkę. Albo przyjaciółki jak w Seksie w wielkim miescie albo w Girlsach.
Nie nadaje sie do takich przyjaźni. Nie lubię ludzi. Jednak przyjemność sprawiało mi myślenie, że takie przyjaciółki mogę mieć. Będziemy sobie siedzieć u którejś w domu i gotować, pić wino, jeść lody. Rozmawiać o chłopakach, dzieciach, pracy, nowych Melissach. Planować weekend w SPA. Chodzić na zakupy, kawę. Na paznokcie i do kosmetyczki.
Będzie tak cudownie dziewczyńsko.
Nasi mężowie/partnerzy będą się przyjaźnić i w niedzielę pić browara na wspólnym grillu.
Będziemy dzwonić do siebie i rozmawiać o wszystkim.
Czasami w piątek po pracy wyskoczymy na drinka.
Każde zdjęcie na fejsie skomentujemy komplementem, albo serduszkiem.
I nic z tego nie będzie wynikać.

Wielki powrót

Mam 30 lat. Brzmi to trochę abstrakcyjne, bo zawsze wydawało mi sie, ze będę żyć szybko i umrę młodo a teraz o ironio boję sie przemijania. Miałam tez robic wielkie rzeczy. Nie robię. Miałam ratowac swiat. Nie ratuje.

Bloga zaczęłam pisać majac lat 16. Byłam na wymianie w Stanach. Rodzice wyslali mnie zagranice, bo byłam nicponiem.

To były początki internetów. O skypie, jutubie, fejsbuku nikt nie słyszał. Tym bardziej o szafiarkach. Ba! Nie było nawet grona czy naszej klasy a z internetem  łączyłam się przez telefon. Założyłam bloga, to ułatwiało komunikację z bliskimi.

Prowadziłam go przez parę ładnych lat. A potem jeeeeeb pojawiła się dorosłość. Praca, obowiązki i wpadłam w pęd. Wir. Szał. Pracowalam kilkanascie godzin dziennie.

O pracy nigdy publicznie sie nie wypowiadalam. Przede wszystkim byłoby to nie honorowe. Po drugie umowy poufnosci, endijeje i ogromne kary pieniężne sprawiają, ze trzymasz jezyk za zębami. Jako człowiek majacy tylko godnosc osobistą musiałabym sprzedac nerke, albo cos innego, by sie wypłacić, prawnicy moich klientów rozdziobali by mnie jak głodne kruki i wrony.

Może kiedyś  wydam książkę o tych wszystkich zabawnych historyjkach, anegdotkach i tym podobnych. Na razie jednak jak na dziewczyne z pragi przystało, morda w kubeł.

Ale wracajac do meritum.
Znowu jestem na obczyźnie. Tym razem zawodowo. Pracujac dla Niemca mam ten luksus, ze pracuje a potem mam wolne.

Po kilkunastu latach mieć wolne jest niesamowicie przytłaczające. Bo, co robic z wolnym czasem, ktorego się nigdy nie miało?
Cytując klasyka „mam czas na swoje pasje”. Tyle, że ja nie mam pasji.
Niby lubię fotografie i sport i filmy ogladac też lubię, ale nie mam motywacji, weny, sama nie wiem.

Mam natomiast dużo czasu na przemyślenia. Nigdy nie miałam czasu, żeby myśleć, albo leżeć i słuchać muzyki i patrzeć w niebo.

Jestem czlowiekiem czynu. Akcja – reakcja. A tu cisza, spokoj.

Nuda.

Tak więc, wracam do korzeni.
Z wielkim kontenerem bagażu zyciowego i połaciami przeszłości.

14 lat później. Zobaczymy co z tego będzie :)

szortkat

czwartek – pojechalysmy zrobic szybkie zakupy przed droga, bolesny fakt, tutaj  nie ma zwyklej, czystej wodki. sa tylko smakowe i tak na przyklad mozna kupic wodke o smaku gumy do zucia, ciasteczek, tortu nooo i owocowa.

potem akcja paznokcie. poznalam Jamiee, rudowlosa przyjaciolke Valerie. Przygotowalysmy sie do drogi i punkt 20.oo wyruszylysmy w strone Californi i Nevady.
W Oregonie nie wolno pic alkoholu w samochodzie, alkohol nie moze byc w zasiegu reki kierowcy! Tak wiec wymyslilam, ze alkohol bedzie w bagazniku i bedziemy go wyjmowac poprzez taka otwierana dziure na narty.
Jamiee jest barmanka i pracuje dla wojska, w listopadzie bedzie w Polsce, w Krakowie, tak wiec juz ustalilysmy caly plan, ze Ona przylatuje, zostaje dluzej, jedziemy do Zakopca na snowboard a potem wracamy do Warszawy i balet.
Jamiee ma tez korzenie irlandzkie, tak wiec uparla sie, ze przepije polke…odpadla po 5 drinkach, lacznie z tym, ze idac boso do publicznej toalety probowala pokonac barierke i zaliczyla glebe.
Na dodatek zostalysmy zatrzymane przez police, bo Val wychylalas sie przez szyberdach i machala do kierowcow ciezarowek.
Zdarzylysmy jeszcze zrobic zakupy w Wallmartcie i dojechalysmy do Tahoe.
piatek – obudzilam sie po 3 godzinach snu, zadzwonila Vicky – moja amerykanska mama, by ustalic plan. Zawszem dzwoni w strategicznych momentach, jak spie, albo mam kaca giganta (tak, tak, to juz nie ta forma co 5 lat temu)
Wszystko ulozylo sie idealnie, bo tydzien po slubie Valerie musi pracowac, a ja spedze go z Rodzicami.
Pojechalysmy na plaze nad jezioro, piekna pogoda, slonce, zdjecia, musialysmy sie podreperowac cheesburgerem i krwawa merry.
Szybki powrot do domu, drzemka i wyruszylysmy do Reno, to taki maly odpowiednik Las vegas, masa kasyn, neonow, mozna sie ekspresowo hajtnac.
Dojechalysmy do Hayatta, zaczelysmy sie szykowac na panienskie i ruszylysmy w miasto.
Najpierw kolacja sushi a potem klub w jednym z kasyn :)
Valerie biegajaca w welonie i koronie z penisow, z rurkami z penisow, z wielkim dmuchanym penisem w dloni, ze swiecacymi znaczkami w ksztalcie penisow i koszulce z napisem „Suck for a buck”
Zarobila 200$… nawet nie wiem jak to sie stalo, to za duzo jak na moja mala polska glowe. Bariera kulturowa chyba… w kazdym razie tutaj druhna dziala jak alfons; negocujej i wystawia panne mloda, ktora zalatwia darmowe drinki i w ramach gry namawia chlopakow do roznych rzeczy.
Tak wiec, siedze sobie nienerwowo przy stoliku, pale, a tu pojawia sie wielki czarnoskory koles i zaczyna mowic do mnie po polsku! smierci bym sie predzej spodziewala, okazalo sie, ze jest z nigerii, studiowal w warszawie i domyslil sie, ze jestem z polski.
dziewczyny chcialy jeszcze poimprezowac, wiec wzielysmy ryksze i ruszylysmy w miasto. aaaaaa w trakcie tej imprezy byl dj, ktory robil fatalne przejscia i zespol grajacy na zywo. no i w tym klubie trzesla sie podloga, tak sie trzesla, ze kable sie przemieszczaly i bylo sprzezenie.
no wiec, jadac rysza pojechalysmy do klubu wurk, ktory wyglada jak 3 kolory. ja tam sie czulam jak w domu, ale moje przyjaciolki, wygladajace jak krolowe balu wolaly zmienic lokacje.
podjechala po nas limuzyna i pojechalysmy do hotelu.
sobota – obudzilam sie w wyjatkowo dobrej formie, w Reno bylo Rodeo i piknik, tak wiec pojechalysmy zobaczyc co sie dzieje „w miescie”. A i rozpoczelysmy gre „mistrz drugiego planu”. Oczewiscie wygralam, wbilam sie 8 osobom na zdjecie ;>
pare drinkow, klopoty z parkowaniem (miejsca parkingowe sa tu 2 raazy wieksze), tak wiec musialam zaparkowac, bo nikt nie byl sie w stanie zmiescic.
wyladowalysmy w kasynie, bylo happy hour, wiec poszlysmy po bandzie, a potem black jack. Jamiee nauczyla mnie grac. Krupierem byla polka z czestochowy mieszkajaca w nevadzie od 6 lat. Za dobrze mi szlo, bo krup0ierzy zaczeli sie zmieniac i zmieniac a ja wygrywalam i wygrywalam.
Wrocilysmy do hotelu, wczesniej zatrzymujac sie w kfc. Wypilysmy kilka drinkow o smaku gumy balonowej i poszlysmy spac.
Niedziela – powrot do domu, mobilny barek.
Od poniedzialku ogarniamy slub i nie robimy nic. Dopiero przyzwyczailam sie do zmiany czasu, opuszcza mnie stres pracowy i zaczyna byc milo.
W weekend jedziemy do Arlingotn.
To by bylo na tyle :)

.

wczoraj pojechalysmy do St. Paul do Babcio – Cioci Billa, ktora bedzie piekla babeczki na slub.

Valerie chciala wszystko obgadac.
Farma na odludziu.
W powietrzu zapach miety!
Dookola kwitnace piekne roze, duzo zieleni.
Tradycyjny amerykanski obiad! Idealnie!
Potem chlopaki ogarniali cos przy samochodach, a my ogladalysmy torty, ktore piecze ta urocza starsza pani.
Sa wielopoziomowe i maja rozne laczenia, mostki, schody. Nieslychane!